Twarzą w twarz z Tajską dżunglą

No comments

Lecąc do Tajlandii nie wiedziałem że odkryje najpiękniejsze miejsce na ziemi, zmienię sposób postrzegania świata i dostanę potężną lekcję życia.

Jakiś czas temu pisałem o miasteczku Gori w centralnej części Gruzji. Gdzie komunizm i miłość do Józefa Stalina jest wiecznie żywa.

Tym razem cofnąłem się w czasie znacznie dalej, podczas dwu dniowego trekingu odwiedziłem kilka górskich wiosek i farm, na których ludzie żyli nieskażeni problemami XXI wieku, nie mieli prądu, drogich telefonów czy markowych ubrań. Mieli siebie nawzajem, posiadali uśmiech na twarzach którym zarażali i emanowali mnóstwem pozytywnej energii. Byli biedni, a jednak bogatsi od niejednego z nas. 

DSC_0559

Lecąc do Tajlandii nie do końca miałem na nią pomysł, był to raczej wyjazd na zasadzie lecę do Bangkoku a co dalej to los pokaże. Że los bywa przekorny, to wie każdy z nas.

Po kilku dniach spędzonych w stolicy kraju trafiam do miasteczka Chiang Mai na północy Tajlandii. Drapacze chmur i uliczny zgiełk zamieniam na niewielką zabudowę i dźwięki natury.

Znalazłem się tu nie bez przyczyny, jak można pojechać na drugi kraniec świata i nie odwiedzić słoni. To właśnie one stały się powodem mojej podróży do dżungli.

Czy było warto?

W Chiang Mai trafiłem do niewielkiego domu, w którym mieściło się biuro podróży „Treking with Piroon”. Miejsce jest dość ukryte w uliczkach starego miasta, więc warto posłużyć się nawigacją by tam trafić. Od samego progu wita nas ciepły uśmiech gospodarzy, już wiem że dobrze trafiłem. Po dogadaniu szczegółów dotyczących trasy i opłaceniu zaliczki, wróciłem do hostelu by tam przygotować się na treking, który czekał mnie nazajutrz. Poranek rozpoczęty uśmiechem, pozytywne nastawienie spakowane do plecaka i z radosnym Ahoj przygodo ruszyłem w drogę.

DSC_0488

Cała przygoda zaczynała się niedaleko miasteczka Pai, gdzie dowiózł nas samochód terenowy. Następne dwa dni miałem spędzić z dwiema dziewczynami z Francji i przewodnikiem o imieniu Ping, dla którego dżungla była domem. Tu się urodził i pracował przez wiele lat, zanim nie wyjechał do miasta.

DSC_0517

Trafiłem tam pod koniec pory deszczowej kiedy to las jest najpiękniejszy i eksponuje pełną paletą barw, zieleń nas otacza, wręcz pochłania. Lecz ku memu zaskoczeniu nie panuje tu błoga cisza i spokój. Miejsce to żyło własnym rytmem, i nigdy nie zamierało. Z każdym kolejnym krokiem dobiegają mnie co ciekawe dźwięki. Czuje się jak dziecko w sklepie ze słodyczami, gdy myślę że nic mnie już nie zaskoczy, to znów robię Łooo. Aparat nie przestaje pracować, wszędzie widzę tylko materiał na niezwykłe zdjęcie.

DSC_0537

Nie mogłem trafić na lepszego przewodnika niż Ping. Co chwile zaskakuje nas niezwykłymi opowieściami o dżungli, pokazywał nam co można jeść a czego nie. Opowiadał że te wszystkie dźwięki które słyszymy (a przypominały odgłos pracy wiertarki czy alarmu samochodowego) wydają ptaki. Z liścia bananowca zrobił czapkę na styl pajacyka. W pewnym momencie kazał nam się zatrzymać i prosił o pomoc przy ścięciu kilku grubych pędów bambusa, śmiejąc się przy tym że to nasza kolacja. Odebrałem to jako żart, lecz mój uśmiech szybko znikł. Kiedy to Ping rozciął pędy i zaczął z nich wybierać tłuste larwy. Uniósł głowę i powiedział: Na co tak czekacie, zbierajcie larwy póki nie uciekły. Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy, przy ostatnim tego typu postoju,zaproponował nam czy nie mamy ochoty teraz na taka pyszną larwę. Nie wiele myśląc zgłosiłem się na ochotnika, może więcej nikt nie zaproponuje mi świeżej larwy.

Haps, larwa wylądowała w moich ustach, do dziś pamiętam jak jej odnurza chodziły po moim języku. Jeśli chodzi o smak, to szału nie ma, przypomina trochę surowego ziemniaka. Znacznie lepiej smakowały wieczorem, gdy zostały uprażone z dodatkiem ostrej papryczki i zapijane były lokalną whisky.

Po drodze do sanktuarium słoni, które wyznaczało miejsce docelowe naszej wyprawy. Odwiedziliśmy kilka górskich osad, w których to czas się zatrzymał. Małe drewniane chatki na palach, kilka kur, pies i obowiązkowo tłusty świniak. Tak właśnie malował się krajobraz typowej wioski. Mieszkańcy byli już przyzwyczajeni do widoku turystów, gdyż w szczycie sezonu przynajmniej raz dziennie odwiedzali oni wioskę.

Na pierwszy rzut oka, każdy z nas pomyślałby jacy Ci ludzie są biedni. Jak oni mogą żyć w takich warunkach. Bez prądu, w bambusowych chatkach, bez pralki, telewizji czy wi-fi.

Od wieków status człowieka określa, poziom jego majętności. Czyli to ile ma pieniędzy i w jakich kręgach się otacza. Stało się to swoistą normą, jeżeli ktoś ma mniej ode mnie to znaczy że jest biedniejszy. W dżungli to prawo nie działa, tu to my jesteśmy tymi biedniejszymi. Ale jak to, możecie zadawać sobie pytanie. My mamy domy, markowe ciuchy, telefony komórkowe i masę innych nie potrzebnych do szczęścia rzeczy. Natomiast Tajowie których poznałem, są bogaci dlatego że mają siebie nawzajem, nie poświęcają życia na pogoni za karierą zapominając przy tym o bliskich, nie mierzą poziomu wartości drugiego człowieka tym ile ma, tylko tym ile daje.

DSC_0578

Będąc w jednej z większych wiosek, natrafiłem na specyficzny budynek który był otoczony drutem kolczastym. Oczywiście zapytałem Pinga co to za miejsce. Olbrzymie było moje zdziwienie, gdy odparł mi że jest to bank:

  • Zaraz jak to bank? Opowiadasz że większość z tych ludzi nie stosuje pieniędzy, ponieważ żyją z tego co sami posieją i zbiorą.
  • No tak, bo to nie jest taki zwykły bank jak w mieście, w tym miejscu rodziny składują ryż. Gdyby okazało się że w danym roku, rodzina miała mniej owocne plony może z takiego banku pożyczyć 5 kg ryżu i za rok oddać 7 kg.

Trzeba pamiętać że życie ludzi w mieście czy w dżungli nie jest idealne. Może oni nie potrzebuje do szczęścia tego co my,a my nie bylibyśmy szczęśliwi żyjąc tak jak oni. Ponieważ większość z tych osób ma ograniczony dostęp do edukacji. Zamiast do szkoły wstają przed świtem i idą pracować na pola ryżowe, gdzie w każdej chwili może ugryźć ich jadowity wąż. Pamiętajmy o tym, każda kultura ma swoje obyczaje i tradycje które my musimy uszanować.

Jako ciekawostkę powiem wam że większości ludzi mieszkających w dżungli jest wyznania chrześcijańskiego. Ponieważ przybyli oni do Tajlandii z Birmy w trakcie wojny w obawie o własne życie i przyszłość, a wraz z nimi misjonarze, którzy nieśli im pomoc. Przez to w środku dżungli możemy natknąć się na mały drewniany kościół, w którym raz w tygodni jest odprawiana msza.

Kiedy zbliżamy się do sanktuarium słoni, słońce znika już za horyzontem. Trasa którą pokonałem od rana liczyła 17 km. Po drodze napotkałem masę pięknych widoków, odwiedziłem małe górskie wioski jak i te duże. Miałem przyjemność zbierać larwy z pędów bambusa, spotkać stado bawołów, które to odpoczywały po pracy na polu w kąpieli błotnej, przeprawiałem się przez rwącą rzekę na prowizorycznej kładce i spędziłem czas z niesamowitymi ludźmi, a nie było to jeszcze koniec mojej przygody. Po dniu pełnym emocji i pysznej kolacji, padliśmy do snu jak dzieci w końcu jutro też jest dzień.

Poranek rozpoczął się magicznie. Obudziłem się przed budzikiem, co dla mnie jest dużym sukcesem bo lubię pospać. Moje koleżanki z Francji jeszcze słodko spały, ja postanowiłem zobaczyć sanktuarium o poranku, puste i ciche. Niestety Ping był szybszy i już czekał na mnie ze świeżą gorącą kawą. Była to najlepsza kawa w moim życiu, pomijając fakt że była rozpuszczalna. Trafiłem na moment kiedy to słonie wróciły z nocnej wycieczki po dżungli. To dla nich tu przyjechałem. Ping opowiedział mi że słonie same tu przychodzą, nikt ich na siłę tam nie trzyma. Na noc są wypuszczane do dżungli a w dzień same wracają by spędzić czas z turystami.

Po śniadaniu czekały nas jeszcze dwie atrakcje, jedną z nich było karmienie słoni i wspólna kąpiel w rzece. Pomimo swoich dużych rozmiarów słonie zachowywały się raczej jak takie szczeniaki, które chcą się wiecznie bawić. Są to bardzo mądre i pamiętliwe zwierzęta, a w ich oczach widać szczęście. Każdemu polecam wybrać się do takiego miejsca jeśli będzie w Tajlandii, uczucie kiedy przytulamy się do trąby olbrzymiego słonia jest niezapomniane.

Ostatnią atrakcją tej wyprawy był rafting. Z początku myślałem że będzie to spływ jak po Dunaju z flisakami w Polskich górach, lecz szybko okazało się inaczej. Tratwy, czyli bambusowe pędy połączone liną, myślę sobie okej będzie fajnie. Tu pojawia się następna niespodzianka, na cztery tratwy z turystami zabrakło jednego flisaka, przez co mi przypadł ten zaszczyt. Ruszyliśmy. Rzeka była dość płytka i spokojna. Można było więc podziwiać piękna natury. Lecz nie trwało to długo, prąd nabierał prędkości a rzeka stawała się co raz to głębsza. Spokojny nurt niczym nie zmąconej rzeki, zamienił się na tor przeszkód. W Pewnym momencie doszło do wypadku, jedna z dziewczyn została zmyta przez dużą fale z tratwy i wpadł do rzeki. Bez paniki Ping podał jej bambusowy pęd i wciągną na tratwę. Niestety z naturą nie ma żartu zwłaszcza w dżungli, gdzie od najbliższego szpitala dzieli nas kilkadziesiąt kilometrów.

To by było na tyle jeśli chodzi o przygody w dżungli, na pewno nie jest to ostatnia dżungla, którą odwiedzę w życiu nie licząc tej miejskiej. Była to niezwykła podróż, którą polecam każdemu.

Więc na co długo czekać, Polska zima to idealna pora na Tajlandię.

Link do biura podróży Pinga:

https://pl.tripadvisor.com/Attraction_Review-g293917-d7816313-Reviews-Chiangmai_Trekking_with_Piroon-Chiang_Mai.html

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s